W życiu miałam różnie okresy, jeśli chodzi o posiadanie rzeczy. Czasem miałam ich więcej, czasem moje życie można było zamknąć w jednej małej walizce.

Przeprowadzałam się wielokrotnie. I zawszę wiedziałam, że kolejna przeprowadzka “już wkrótce”, więc starałam się trzymać z daleka od nadmiaru.

Teraz minimalizm jest wszędzie. Od kilku lat to taki “nowy trend”. Dekadę temu wszystko było “fast”, teraz jest “slow”. Slow food, slow fashion, slow life. Kiedyś modnie było kupować, teraz modnie jest wyrzucać. Teraz mamy mieć jedną sukienkę na specjalne okazje, jedne szpili i jedne dobre dżinsy. Jedna komodę, koniecznie vintage. Najlepiej znalezioną na przyblokowym śmietniku, bądź w domu zmarłego wujka. A, i dobrze jest ją jeszcze samodzielnie odnowić.

Temat prawię tak modny jak samorozwój. Nie jestem wstanie zliczyć książek, wydanych chociażby po polsku na ten temat. Pare lat temu był Leo Batuta i Dominique Loreau, teraz jest minimalizm na każdą okazję. Sama Loreau napisała minimum 5 książek na ten temat (taka jest minimalistyczna). Po wpisaniu w wyszukiwarce księgarni czytam.pl wyskakuje mi kilkanaście książek z samym słowem minimalizm w tytule. A miało być tak minimalistycznie. Bo przecież (notabene) w tych książkach jest też napisane, aby książek nie kupować, gdyż zabierają nam miejsce, przestrzeń nawet energie. Ale w sumie po co kupować. Przecież blogów, postów o minimaliźmie jest tak dużo, że jak się człowiek wczyta to w pół dnia nadrobi wszystkie tytuły. Książki trzeba oddać, wyrzucić (wersja ekstremalna, spalić na stosie)

W skrajności w skrajność. Najpierw wydawaliśmy pieniądze swoje/męża/rodziców/banków (niepotrzebne skreślić), a teraz mamy tak po prostu się tego pozbyć. Choć czasem zostały nam jeszcze długi na kartach kredytowych na 10 pare szpilek w przeciągu 3 miesięcy.

I przyznam się. Uległam i ja. Byłam kiedyś nałogową lumpeksoholiczką. Nawet poniedziałki w pracy sobie ustawiałam na 11, aby być już grubo przed 9 na dostawie towaru. I wracałam, z siatą ubrań, co tydzień. Zwykle zakładanych raz albo wcale. W “normalnych” sklepach byłam na szczęście bardziej ostrożna, chociaż to były czasy kiedy mogłam równie dobrze wychodzić co tydzień z siatką pełną ubrań z drogiej sieciówki. Ale na szczęście lubiłam też sprzedawać te ubrania potem na allegro, aby mieć miejsce na nowe.

Przeprowadziłam się, już nie ma lumpeksowych pokus i dużej pensji. Jest mi lekko. Wiem o każdej rzeczy, którą posiadam w domu i w szafie. Nie do końca panuje jeszcze tylko nad kuchnią. Choć podłogę nie zawsze mam czystą w moich rzeczach jest idealnie. Nie mam żadnej starej gazety, żadnej zbędnie zapisanej kartki. Popłynełam na wyprzedażach w styczniu. Kupiłam kilka rzeczy niepotrzebnych i słabej jakości. “Za karę” dla samej siebie powystawiałam je na allegro już od 1zł. Aby sprzedać, aby na nie nie patrzeć. Bluzka kupiona za 150 zł sprzeda się za 1 zł? Trudno. Nauczka. Przez to będę się zastanawiać 5 razy zanim kupie cokolwiek.

Obecnie mam w swojej szafie bardzo mało rzeczy. Nawet nie nazwałabym tego szafą, bo moje ubrania, łącznie z rzeczami na siłownie zajmują 2 półki. Dwie małe półki. Wszystko co miało w swoim składzie poliester wyrzuciłam, oddałam lub wystawiłam na sprzedaż. Każda rzecz, której nie lubiłam lub nie nosiłam ciążyła mi psychicznie. Teraz mam ubrania tylko dobrej jakości, jedne kupione za duże pieniądze, kilkaset czy kilkadziesiąt €, a jeszcze inne na fleamarkt za 2€ czy w lumpeksie za 2 zł. I nigdy nie było mi tak lekko. Nigdy nie miałam takiej łatwości z wyborem tego, co powinnam dziś na siebie narzucić. I nigdy nie czułam się tak dobrze w swoich ubraniach. Wszystkie to w zupełności mój styl.

Książki? Uwielbiam czytać. Wciąż marze o biblioteczce na całą ścianę, od podłogi po sam sufit. Ale przede mną jeszcze nie jedna przeprowadzka, prawdopodobnie znowu do jakiegoś innego kraju. Nie chcę targać ze sobą bezwartościowych książek, przeczytanych raz, do których się nie wraca, bo ile razy można rozwiązywać tą samą zagadkę kryminalną. Więc owszem, kupuję ale jak przeczytam sprzedaje lub przekazuje dalej. Nic się nie zmarnuje. Niestety nie mam po ręką polskiej biblioteki, mój holenderski też jeszcze nie jest idealny. Ale próbuje go doszkalać i  jak najwięcej czytać też po angielsku, bo jest mnóstwo miejsc, gdzie sprzedają nowości, raz czytane bądź wcale już za 1€. Nie trzymam ich długo, czytam i kładę przed domem, przy śmietniku, bądź wkładam “do budki z książkami do wzięcia i przeczytania”.

Więc tak, jestem ekstremalną minimalistką. Naśladujcie. A może lepiej i nie 😉

Reklamy