Kiedyś mieszkając w Łodzi myślałam jak bardzo to miasto mnie ogranicza. Nie umiałam kompletnie się w nim odnaleść. Dobrze, że miałam pracę, która zabierała mi trochę czasu, kogoś bliskiego i małe przyjemności. Mimo wszytsko ogromnie narzekałam jak bardzo nienawdze tego miasta, jak nienawdzie ludzi i ogólnie wszystkiego dookoła. Jak bardzo nie mogę nic robić. Oczywiście z perspektywy czasu wiem, że to wszytsko było [o prostu w mojej głowie i wszędzie mamy miejsze czy większe możliwości. Ograniczenia są w naszej głowie. Po zmianie miejsca zamieszkania i przeprowadzce do mojego wyśnionego Amsterdamu moje nienawiść przeszła teraz na niego. Po 3 latach trochę spadła, wrosłam w to miejsce, ale cały czas czuje, że to nie to. Lecz nie mam perspektywy zmiany póki co. Właściwie nie ma tu nic i nikogo, co by mnie tu trzymało. Daje sobie jeszcze jakieś półtora roku. W tym roku już nie zdąże, ale w przyszyłym chciałabym aplikować na studia. Moją wymarzoną kryminalistyke. Termin aplikacji to kwiecień, jeden z wymogów to certyfikat. Tymczasem ja mam zdaną tylko 1 z 4 części. Nigdy nie sądziłam, że będę chciała wrócić na studia, tymbardziej tu i na takie, ale kto wie…

Słabo mi idzie realizowanie planów na styceń i luty. Już II połowa miesiąca, a ja jeszcze nie przerobiłam materiałow, które miałam zrobić już conajmniej 2 tyg. temu. Muszę trochę nadgonić, bo ten czas mnie kosztuje dużo.

Pojawiły się 2-3 interesujące ogłoszenie o pracę. Nie chce jednak wysyłać, bo wiem, że to jeszcze nie jest ten moment. Zamierzam postanowienia na ten rok realizować krok po kroku. Jednym z nich jest też częściej bywać w PL, robić rzeczy dla przyjemności i więcej podróżować. Dlatego swóje pobyt w PL w marcu przedłuże o tydzień, wezme udział w weekendowym kursie stolarskim, a rzucenie pracy z końcem marca uczczę 2 dniową wycieczką do Bazylei na początku kwietnia.

I będzie to dobry szczęśliwy czas.

 

Reklamy